I znów wpis inspirowany czymś, co przeczytałam w odmętach Internetu. Tym razem będzie trochę o pieniądzach i wiarygodności. Oczywiście na mój, zdecydowanie chaotyczny, sposób.
Blogosfera książkowa twór pełen paradoksów. Z jednej strony ludzie „z zewnątrz” wrzucają nas wszystkich do jednego worka, zazwyczaj patrząc na nasz światek z ironicznym uśmiechem. Zbytnio mnie to nie dziwi: w czasach, w których blogowanie jest ściśle związane z zarabianiem, barterowa działalność internetowych recenzentów książkowych robi z nich frajerów. Oczywiście wynika to z postępującego zidiocenia użytkowników Internetu i ich brakach w podstawowej wiedzy.
Wygląda to mniej więcej tak: potencjalny Iksiński (lub też Iksińska) śmiga sobie po Internecie, odwiedza przeróżne blogi i co chwilę trafia na teksty oznaczane tagiem „recenzja”. Pal licho fakt, że określenie „recenzja” nijak się ma do lokówki czy nowej pomadki. I cóż ten biedny Iksiński (i ta naiwna Iksińska) widzi? Niemal wszystkie te teksty, szumnie nazywane "recenzjami", są niczym innym, jak tylko tekstami sponsorowanymi przez producenta, prawie pozbawionymi wszelakiego krytycyzmu i trzeźwego spojrzenia na oceniany przedmiot. (Jeśli widzicie tutaj pewną analogię do niektórych blogów książkowych , to macie rację…). Taki Iksiński potrafi liczyć (może z mnożeniem i dzieleniem bywa u niego ciężko, ale złotówki liczy z prędkością światła) i sobie kalkuluje: blogerka modowa ma na sobie ciuchy za 500 zł. Bloger zajmujący się life stylem zjada sobie obiad za 200 zł, a durny bloger książkowy dostaje towar, (nad którym siedzi dwa-trzy dni) warty maksymalnie 50 złotych. iIiota, nieuleczalny idiota…
Tego typu łatka raczej szybko od blogerów książkowych nie odpadnie. I po części odpadać nie powinna, o ile oczywiście chcemy walczyć o pozory wiarygodności. Wyobraźcie sobie, moi drodzy blogerzy marzący o pieniądzach od wydawnictw, pewną sytuację. Oto człowiek rozpoczynający pracę w nowej firmie. Człowiek taki podpisuje umowę, w której zawarte jest „wypełnianie poleceń pracodawcy”, „staranne wykonywanie swoich obowiązków”, ale także „świadome działanie na szkodę pracodawcy powodować będzie zerwanie umowy bez okresu wypowiedzenia”. Człowiek taki jest blogerem książkowym i dostał do recenzji pozycję napisaną przez nastolatkę z wybujałym ego, całkowicie ignorującą prawidła rządzące językiem polskim. Stosując się do zawartej umowy (a by otrzymywać wynagrodzenie jakakolwiek umowa być musi) owy bloger powinien przymknąć oko (a raczej oczy) na język rodem z opowiadań pierwszoklasisty i tym podobne, płodząc w pocie czoła nieprawdziwą i całkowicie niewiarygodną pozytywną recenzję. Tego bowiem będzie wymagała umowa z wydawnictwem.
Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której jakakolwiek oficyna wydawnicza lekką ręką płaci kasę za teksty przestrzegające przed wydawanymi przez nich książkami. Czyli płacić będą tylko tym, którzy piszą laurki. I wtedy, mój drogi ambitny blogerze, swoją ambicję możesz sobie wsadzić w kąt. Po co się kształcić, po co przed pisaniem każdego tekstu robić research w Internecie? Recenzenckie idiotki i tak sprzątną ci sprzed nosa intratną posadę. Jeśli chcesz być wiarygodny, jeśli chcesz polecać wartościową literaturę – nie płacz po internetowych/facebookowych kątach o wymarzonej pensji od wydawnictwa.
Co zatem możesz zrobić, mój ulubiony blogerze? Jak wyrwać kilka złotych z tego niewdzięcznego, ale jakże kształcącego hobby?
- Opcja pierwsza: wkręć się w prasę drukowaną: oni ponoć jakieś grosze płacą.
- Opcja druga: publikuj na portalu/stronie, która generuje konkretne pieniądze.
- Opcja trzecia: postaraj się o stanowisko wewnętrznego recenzenta w jakimś wydawnictwie.
Wszystkie trzy opcje to takie najbardziej oczywiste drogi uzyskiwania kasy za pisanie/czytanie książek. I wszystkie one wymagają o wiele więcej zaangażowania/pracy/redakcji niż zwykłe klepanie literek na bloga.
Jesteśmy niszą, i by w tej niszy coś zarobić trzeba naprawdę wielkiego szczęścia lub dużego doświadczenia.
Tyko, tak serio: kasa z pisania o ukochanym hobby jest nam tak niezbędna? Przekonałam się, że jednak nie – za to za kilka dni jadę na pierwszy w życiu Festiwal w Nidzicy i tam niektórzy będą mnie kojarzyli z mojego marudzenia o książkach. Nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba.
ps2. chociaż z drugiej strony: gdyby mi moje ulubione wydawnictwa płaciły za recenzje (a te ulubione to dobrą literaturę wypuszczają), to i wpisów na blogu byłoby więcej ;)
ps3. niektóre grafiki ukradłam sama sobie z TEGO wpisu
ps3: kto z was będzie w Nidzicy?