Dla zdezorientowanych tytułem: jest to cytat z mojej ulubionej filmowej odsłony przygód pewnych nieustraszonych Galów. Oglądany w czasach, gdy na liczniku miałam jeszcze –naście lat, do dzisiaj poprawia mi humor, a wiele dialogów znam na pamięć.
Ale dość o Asterixie, dzisiaj mam dla was kilka krótkich opinii o książkach które w ostatnim czasie dane mi było przeczytać. Zasadniczo są to pozycje, o których raczej nie wspomnę w żadnym tekście (stąd w dzisiejszym zestawieniu nie będzie prawie nic z klasyki ani nie wspomnę słowem o przeczytanych antologiach). Te pozycje czekają na swoje miejsce w kolejnym ogólnoksiążkowym poście, mam w głowie plan trzech lub czterech, ale zanim takowe się pojawią muszę jeszcze kilka książek przeczytać by zyskać nieco szersze spojrzenie na konkretne zagadnienia. Nie, nie mam zamiaru wrzucać tutaj rozprawek o roli tranzystorów w rozwoju podróży międzygwiezdnych – chodziło będzie raczej o kilka fajnych i niefajnych rzeczy, z którymi stykam się w czytanej literaturze. Wstępne notatki zostały już poczynione, zatem trzymajcie kciuki.
By nie przeciągać, zapraszam do subiektywnego przeglądu książkowego, bazującego na książkach, które przeczytałam w ciągu ostatnich sześciu miesięcy.
Czytanie książek napisanych przez ludzi, których się lubi i szanuje to nie lada wyzwanie. Bo jak tu oddzielić osobiste sympatie (czy też antypatie) od oferowanego nam tekstu? Jeśli dostajemy pozycję wybitnie nietuzinkową, napisaną w sposób przemyślany i poruszającą czułe struny czytelniczego serca (jak było w przypadku „Ektenii” Strzeszewskiego), to i spokojnie możemy się cieszyć, że ktoś, kogo znamy dołożył kolejną cegiełkę do świata fantastyki. Niestety, w przypadku książki Fijałkowskiego coś ewidentnie nie zagrało na linii pisarz-czytelnik. A przynajmniej czytelnik taki jak ja. Alternatywna rzeczywistość, zagrożenie, tajemnicze wydarzenia i zdolności… to miało prawo się udać, ale się nie udało.
Pierwsze 50 stron nie wzbudziło we mnie większych emocji: opisy i bohater niby były, ale wiele zdań brzmiało dość... niezgrabnie. Brakowało mi lekkości w prowadzeniu fabuły, połowę opisów odesłałabym do zredagowania. Zbyt chaotyczne, skupiające się na mało ważnych dla fabuły szczegółach. Zdania są też dość nieporadnie formułowane, poprawne, ale za bardzo czuć tutaj autorskie "opiszę to i to, by nakreślić czytelnikowi tamto i owamto". Później jakoś się do sposobu opowiadania historii przekonałam, ale za to opowieść zaczęła kuleć na obie nóżki. Był fajny pomysł, jeszcze lepsi bohaterowie, ale Fijałkowski potraktował ich paskudnie (z rozmowy z autorem wiem, że był to zabieg celowy, ale ja go i tak nie kupuję). Żaden z nich nie ma konkretnie rozwiniętej historii, mijają się na kartach powieści i pozostają nam całkowicie obojętni. Wizja świata też ciekawa, ale ma za mało danych, zbyt mało miejsca poświęcone jest na wciągnięcie czytelnika w owe magiczne uniwersum. Wątki poszatkowane: Dwa zdania tu, dwa zdania tam, a główne postacie wydają się niedopracowane, żaden z nich nie pomaga odbiorcy może nie tyle zrozumieć, co utożsamić się z tym całym zagrożonym światem. Jeden wątek jakoś wydał mi się naciągany, ale ufam w rozwinięcie go w drugim tomie. W skrócie: pomysł genialny, ale "czachy nie urywa", wykonanie nudzi lub irytuje, nie ma efektu "WOW!". A szkoda, bardzo szkoda, bo gdyby Fijałkowski swój pomysł dopracował tak, jak Strzeszewski dopracował swój, to miałabym możliwość znów zachwycać się jakimś debiutem. A tak: nie mogę i smutno mi z tego powodu. Mam nadzieję, że kolejna książka Fijałkowskiego zrobi mi pozytywny bałagan w głowie.
Kolejna z książek MacLeoda wydanych w Uczcie wyobraźni tym razem mnie nie zachwyciła w takim stopniu, jakiego się spodziewałam i na jaki miałam nadzieję. Nie oznacza to, że zachwytu nie odczuwałam: pojawiał się często, ale zbyt często przeplatany był chwilami znużenia. Kompletnie też nie potrafiłam zżyć się z bohaterami, w sumie jedynie Alice Meynell w jakimś tam stopniu dawała się lubić i z niecierpliwością wyczekiwałam tych fragmentów, w których to ona wiodła prym.
Dom burz, w odróżnieniu od Wieków Światła nie był w stanie mnie oczarować wizją magicznego na swój sposób świata. A już zupełnie nie potrafiłam wczuć się w opisywany konflikt. Książkę doczytałam do końca i ostatnią kropkę przywitałam wręcz z ulgą. Cóż, nie każda Uczta Wyobraźni musi być dla wszystkich prawdziwą ucztą.
Zbiór utworów, który przypomniał mi, jak fajnym doświadczeniem jest czytanie książek, o których kompletnie nic nie wiemy. O Musialiku coś tam kiedyś słyszałam: może przy okazji wznowienia, może ktoś gdzieś wspominał autora na forum lub też jego nazwisko wyczytałam na jakimś blogu. Poza tym, nie wiedziałam nic. I też jakoś specjalnie nie sprawdzałam w Internecie z czym będę miała do czynienia: nie chciałam mieć ani zbyt wielkich, ani zbyt małych oczekiwań, po prostu zaczęłam sobie czytać książkę napisaną przez naszego rodaka. Jedynym plusem, jaki na starcie dałam autorowi był fakt, że wpisuje się on w moją ulubioną odmianę fantastyki. Ale do rzeczy: dzieła zaprezentowane w Zanieśmy im naszą wojnę to opowiadania i mikropowieści skupiające się wokół konfliktu ludzkości z tajemniczą rasą Mataan. Tajemniczość i niemożność natychmiastowego rozgryzienia natury obcych jest zdecydowaną zaletą: wprowadza ten swoisty niepokój, niepewność o losy zarówno kolejnych bohaterów jak i całej ludzkości.
Bohaterowie zapadają w pamięć nieco słabiej niż przerażający obcy: Musialik traktuje ludzi jedynie jako nośniki opowieści, uczuć i przemyśleń, same jednostki nie są zbyt ważne. I niby mogłabym określić to jako wadę, ale w tym konkretnym przypadku taki a nie inny zabieg literacki sprawdził się znakomicie. Brak wyraźnej głębi postaci zostaje przytłumiony przez przygnębiającą wizję ludzkości jako kompletnych ignorantów w niemal każdej dziedzinie.
Zanieśmy im naszą wojnę wspominam z uśmiechem, a praktycznie wszystkie zarzuty, które przeczytałam w internetowych recenzjach dla mnie nie są stricte zarzutami tylko głosami ludzi, którzy mieli określone oczekiwania od tej pozycji a otrzymali coś innego. Dla mnie ta inność była jak najbardziej przyjemna w odbiorze i tego będę się trzymać.
Całą swoją opinię o tej książce (czy też literackim eksperymencie) mogłabym podsumować jednym słowem. Kontrapunkty! Naprawdę nie rozumiem oburzonych głosów zawiedzionych czytelników, którzy po Polaroidach spodziewali się kolejnej książki o zombie. Ja rozumiem: blurb mógł mniej oczytanemu człowiekowi nieco zamieszać w głowie, ale wystarczyło przecież sprawdzić dwie rzeczy. Po pierwsze: kto wydał książkę? Powergraph. Po drugie: w jakiej serii się ukazała? W Kontrapunktach. A przecież nie od dziś wiadomo, że seria ta zawiera w sobie pozycje nieoczywiste, inne i zdecydowanie inne od klasycznej fantastyki.
Dla mnie czytanie Palińskiego było doświadczeniem wzbudzającym wielorakie emocje. Nie ukrywam, że niektóre fragmenty były na wskroś prawdziwe, a realność i trafność opisów potrafiła wywołać u mnie emocje dalekie od tych przyjemnych i pozytywnych. Paliński z powodzeniem obnaża człowieczeństwo i jego najbardziej prymitywne aspekty. Całości dopełnia jeszcze wybór głównego bohatera: oto z światem mierzyć się musi nie pełen sił heros, a starsza kobieta. Kobieta, którą dzięki plastycznym opisom widzimy i niemalże czujemy. Tutaj nie ma miejsca na uładzanie rzeczywistości: tutaj widzimy człowieka takiego, jakim człowiek się staje w sytuacji, gdy okoliczności pozbawiają go kilku pozornie błahych dobrodziejstw cywilizacji. I takie przedstawienie tematu bardzo mi się podobało, nawet gdy fizycznie chwilami czułam się nieswojo. Jednak wiedziałam, na co się decyduję i nie żałuję czasu poświęconego Polaroidom.
Dzisiaj to już wszystko, w tym miesiącu na pewno coś jeszcze na Kronikach przeczytacie, ale wpierw muszę wybrać jeden z trzech roboczych tematów.
Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia!