(Źródło: KLIK)
Często w internetach jakiś literacko nieuświadomiony osobnik rzuca pytanie o dobrą polską fantastykę. Pytanie to jest dość ryzykowne i, jak już zdążyłam zauważyć: zazwyczaj nie wnosi niczego nowego dla kogokolwiek siedzącego w temacie choćby chwilę (mierzoną czasem aktywnego pobytu w pewnej facebookowej grupie). Niemal za każdym razem „polecanki” na PF spotykają się z potężnym hejtem grupy fandomowych wyjadaczy, co chociaż z jednej strony zrozumiałe i zasadne, to w moim odczuciu niekoniecznie potrzebne, a i czasem odnoszące skutek przeciwny do zamierzonego.
Wszystko zależy od tego, kto o „dobrą polską fantastykę” pyta i w jaki sposób to robi. Jeśli o poradę prosi osoba deklarująca się jako ktoś, kto przygodę z fantastyką dopiero będzie zaczynał i chce spróbować rodaków, to wtedy jakoś nie oburzam się na wspominki o Ćwieku, Pilipiuku czy Ziemiańskim. Zwłaszcza, gdy hipotetyczny przyszły czytelnik jest osobnikiem młodocianym, w literaturze poszukuje rozrywki i nie ciągnie go do rzeczy bardziej ambitnych.
(Źródło: KLIK)
Poza tym, nie czarujmy się! W dobie powszechnego ogłupienia społeczeństwa (zwłaszcza tej jego części w wieku +12) dobrze jest stopniowo przyzwyczajać i uczyć czytelnika. Coś w stylu tego, co Kosiki próbują osiągnąć dzięki FNiN…
Owszem, wolałabym, by taka czytelnicza tabula rasa zaczynała od przyjemnego i jednocześnie ze wszech miar wartościowego Pratchetta. Jednak na nasze nieszczęście Pratchett nie był Polakiem (chociaż może to i dobrze? W naszym porąbanym kraju pewnie znalazłoby się kilkunastu oszołomów, którzy by sir Terrego pozwało za jego satyrę na rzeczywistość), a i o naszych twórcach fantastyki dzisiaj sobie chcę popisać, zatem Pratchetta na chwilę zostawmy. Docelowo marudzić będę o jednym naszym rodaku, ale o nim za chwilę, wpierw jeszcze trochę was pomęczę moim ględzeniem o wszelakim polecaniu literatury.
Bo po części jest tak, że zgadzam się Krzyśkiem Sokołowskim nawołującym do polecania szaraczkom tych raczej bardziej ambitnych dzieł. Sama miłością do Science Fiction zapałałam po Diunie, Enderze, Człowieku... i, ostatecznie Hyperionie (boże jakikolwiek, to mnie tak poruszyło, że do dzisiaj pamiętam), sama śniłam o Arrakis, zachwycałam się rozmachem Majipooru i z przerażeniem dawkowałam sobie Wojnę Światów. Tylko że u mnie, jeśli chodzi o rozwój czytelniczych preferencji, zadecydował w połowie przypadek, a w połowie niezasłużony łut szczęścia (zainteresowanych moją drogą przez gatunki literackie zapraszam TUTAJ), a jakoś nie wydaje mi się, by w dobie rynku zalanego totalnym chłamie niedoświadczony i raczej leniwy czytelnik był w stanie trafić na mądrą literaturę.
Jednak jeśli delikwent jest ciekawy polskiej fantastyki i po sięgnięciu po Ćwieka czy Pilipiuka będzie nadal szukał prawdziwie dobrej literatury, to jest dla niego nadzieja. Raczej prędzej niż później ktoś mu wspomni o Grzędowiczu, który dla wielu ludzi był czymś przełomowym w ich czytelniczej karierze, czy też dziełem pokazującym, że science fiction po prostu da się czytać. I po prostu tylko (albo i aż) się do tego nadaje.
(Źródło: KLIK)
Faktem jest, że opowieść o losach Vuko była na polskim rynku czymś pionierskim. Pamiętam też, że gdy kilka lat temu przeczytałam pierwszy tom byłam może nie tyle zachwycona, co oczarowana. Ponieważ biblioteka nie miała kolejnych części lub też były wiecznie niedostępne postanowiłam na jakiś czas odpuścić sobie tą konkretną przygodę i trochę o Grzędowiczu zapomniałam. I ten stan trwałby zapewne do dziś, gdyby nie moja praca i znajoma posiadająca dwa pierwsze tomy PLO w wersji audio. Jak już opowiadałam jakiś czas temu: moja praca często idealnie się nadaje do słuchania audiobooków, byle nie było to coś zbyt skomplikowanego czy wymagającego większego skupienia na każdym poszczególnym zdaniu. Tak więc po kilku latach udało mi się odświeżyć (i zakończyć) Pana Lodowego Ogrodu, gdyż rozochocona audiobookami dwa ostatnie tomy przeczytałam już „klasycznie”. I jak było? Zaskakująco poprawnie, chwilami irytująco, ale z całą pewnością nie wybitnie.
Podczas słuchania pierwszego tomu uświadomiłam sobie (nie po raz pierwszy zresztą) jak wiele traci człowiek, gdy tylko czyta literki, gdy traktuje literaturę jako zwykły zapychacz czasu i nawet nie próbuje się skupić na czymś więcej poza czystą rozrywką. Ja po prostu po tych kilku latach przerwy pamiętałam może ze dwie sceny plus kilka głównych motywów, poza tym słuchanie pierwszego tomu było dla mnie praktycznie pierwszą lekturą. Zdziwiło mnie to, po części też zasmuciło, ale taki stan rzeczy tłumaczę sobie na dwójnasób. Bo po pierwsze obecnie skupiam się na innych aspektach czytanej literatury, po drugie podejrzewam, że przy pierwszym czytaniu nie oczekiwałam niczego poza dobrą zabawą. Jedno jest pewne: konfrontacja moich dawnych preferencji czytelniczych wypadła zdecydowanie na niekorzyść dla Grzędowicza.
Z każdym tomem opowieści o Vuko czułam coraz większy niesmak, i nie chodzi mi tutaj opowieść jako taką i świat, w którym dzieje się akcja PLO. Same pomysły są zdecydowanie nietuzinkowe i warte uwagi, wizja Grzędowicza potrafi wryć się w pamięć i pobudzić wyobraźnię. Tym, co bolało (i w sumie boli mnie) najbardziej, byli słabo wykonani główni bohaterowie. Może ze mną jest coś nie tak, ale ja naprawdę nie potrafiłam ani polubić Vuko czy Filara, ani im kibicować, ani nawet porządnie ich znielubić. Jedynym uczuciem, które mi towarzyszyło była nieustająca irytacja, której załagodzić nie potrafiły nawet fragmenty narracji pierwszoosobowej. Istnienie pierwotnej wersji Cyfrala, ewolucja tego oprogramowania w Cyfral, absurdalne połączenie inteligencji Vuko z jego emocjonalną dysfunkcyjnością, zadęcie Filara i jego częste marudzenie… no nie potrafiłam tego znieść! Z czasem fragmenty poświęcone ludzkiemu przybyszowi traktowałam jako tło dla wszystkich innych wydarzeń. Tylko że i tutaj nie było kolorowo. Wiecie, jest tylko jeden pisarz, u którego motyw Deus Ex Machina toleruję (czy wręcz lubię). I zapewniam, że Grzędowicz tym autorem nie jest.
(Źródło: KLIK)
Wiem, że w świecie który nawiedził Vuko „bogowie” zrobili sobie z ludzi i ich losów swoistą rozrywkę. Genezy całej zabawy wytrawny czytelnik domyśli się szybko, w końcu wszystko zostaje wytłumaczone, ale ja jakoś tego nie przyjmuję. Niby sam pomysł jest fajny, ale oczekiwałam jakiegoś efektu WOW, a tymczasem po prostu wzruszyłam ramionami i mruknęłam „aha…”.
Czyli może kompletnie nie zrozumiałam o co w PLO chodziło? Dla pewności po skończeniu tetralogii poczytałam sobie kilkanaście recenzji i w żadnej nie znalazłam choćby słowa o czymś, o czym bym nie wiedziała lub czego bym się nie domyślała. Po prostu dla mnie dzisiejszej, starającej się czytać książki świadomie, dzieło Grzędowicza okazało się jedną z tych pozycji, które przeczytałam zdecydowanie za późno. Popełniłam jeden z największych grzechów czytelnika, czyli miałam zbyt wielkie oczekiwania: czekałam na coś przełomowego, a dostałam jedynie przypomnienie, że dobre dziesięć lat za późno zaczęłam swoją aktywną przygodę z fantastyką. Może jest w tym coś z mentalności czytelnika, który wpierw zakochał się w Eragonie, a później sarka na „wtórność” Władcy Pierścieni, ale jak w przypadku innych, klasycznych dzieł polskiej fantastyki potrafię podczas lektury pamiętać o tym, kto był pierwszy, tak w przypadku PLO jakoś ten mój wewnętrzny głos się pogubił i jedynym, co mi podszeptywał, to „kurde, a miało być tak pięknie…”
Czy zatem Pana Lodowego Ogrodu nazwę pozycją słabą? Od tego jestem mimo wszystko daleka, bo chociaż dla mnie frajda z lektury była niewielka, to do dzisiaj książki Grzędowicza zyskują fanów i zmieniają ludzkie podejście do fantastyki. Widzę to chociażby na kilku facebookowych profilach poświęconych czytaniu książek, a ta dyskusja KLIK jeszcze dobitniej o tym świadczy.
Jeśli więc z jakkolwiek science fiction nie jest wam po drodze, jeśli uważacie, że SF jest trudna/nudna/przeznaczona dla ścisłych umysłów, to spróbujcie ugryźć Pana Lodowego Ogrodu, a zobaczycie, że to da się czytać. Nie czekajcie zbyt długo, bo dorośniecie i z frajdy będą nici. Oczywiście wolałabym, byście zaczęli od Diuny czy Majipooru, ale lepszy rydz niż nic.
Sama chwilami chciałabym wrócić do czasów, w których tak bezkrytycznie i niewinnie pochłaniałam fantastykę. Sama przyjemność, bez głębszych przemyśleń i wielkich rozczarowań. Ale z drugiej strony dzisiaj tych największych rozczarowań udaje mi się uniknąć, zazwyczaj dzięki wam, moi drodzy czytelnicy. I tego się trzymajmy :)