Blog recenzencki. Bloger-recenzent. Egzemplarze recenzenckie, recenzje internetowe, blogosfera książkowa: jeszcze trzy lata temu nie miałam bladego pojęcia o istnieniu tego wszystkiego. Co więcej, cieszyłam się z odkrycia portalu Lubimyczytać, gdzie mogłam (w pocie czoła) sklecić kilka zdań opinii o przeczytanych kiedyś książkach. Z zapałem wzięłam się więc za odznaczanie kolejnych pozycji, przypisywanie im konkretnych półek i zaznaczanie tych książek, które chciałabym kiedyś przeczytać. I właśnie podczas poszukiwań fantastyki o tematyce anielskiej (bo akurat byłam na etapie zaczytania Kossakowską), zamiast normalnej opinii znalazłam coś dziwnego - link do bloga. I to bloga nie byle jakiego, bo zawierającego praktycznie same dobre recenzje dobrych książek. Poczułam się tak, jakbym po latach błądzenia po omacku w końcu znalazła przewodnika. A raczej: całą grupę, całą rzeszę przewodników po świecie literatury. Po jakimś czasie sama zaczęłam bawić się w blogowe recenzowanie, zaczęły się współprace, darmowe książki i poczucie, że w końcu moja największa pasja okazała się nie dziwactwem, a czymś dość powszechnym.
Najważniejsze jednak było to, że dzięki pisaniu recenzji (zwłaszcza dla jednego portalu, gdzie trzymam się do dziś i z którego nie wyrzucili mnie na zbity pysk za nie przestrzeganie terminów) zauważyłam znaczną poprawę nie tylko mojego gustu, ale też i warsztatu. Jednocześnie sama zaczęłam więcej wymagać od ludzi przeze mnie czytywanych i zaczęłam się coraz częściej irytować podczas odwiedzania kolejnych blogów recenzenckich.
To, co dzieje się na naszym poletku woła o pomstę do nieba! I od razu zaznaczę, by nie było niedomówień: nie chodzi mi o osoby, które czytają książki, a na blogu zamieszczają dłuższe lub krótsze wpisy, mające bardziej charakter książkowego opinio-pamiętnika. Chodzi mi o ludzi, zazwyczaj kobiety, z dumą nazywające się “recenzentkami”, współpracujące z różnymi wydawnictwami i portalami, jednocześnie pisząc teksty nie dających się czytać.
Blogi takowe dzielę na dwie robocze kategorie.
Do pierwszej, częściej wywołującej pełen politowania uśmiech i bardziej facepalm niż irytację, zaliczam blogi młodych stażem pasjonatów literatury, którzy, choć bardzo się starają, to jeszcze nie do końca wiedzą o czym piszą. Zazwyczaj recenzent takowy nie zdobędzie się na wysiłek wstukania w Google nazwiska autora czy nazwy krainy, w jakiej ma miejsce akcja recenzowanej powieści. A przecież czasem wystarczy przeczytać notkę biograficzną o autorze, jego wcześniejszych dokonaniach, pasjach czy kraju pochodzenia, by lepiej zrozumieć czytane dzieło. Taki szybki research naprawdę pomaga uniknąć idiotycznych błędów rzeczowych, takich jak nazywanie Tolkiena wtórnym w stosunku do Rowling. Jak już wspomniałam: takie lenistwo jestem w stanie wybaczyć, zwłaszcza gdy bloger jest młody, recenzje płodzi od niedawna i ma szanse na poprawę.
Za to druga kategoria jest o wiele gorsza i sprawia, że nóż otwiera mi się w kieszeni, a na dźwięk określenia “jestem blogerem książkowym” mam ochotę wyrzucić komputer, wyłączyć pakiety internetowe w telefonie i zakupić dobry karabin maszynowy wielkiego kalibru. I zacząć strzelać. Do wszystkich: blogerów, wydawców i ludzi z różnych portali internetowych, odpowiedzialnych za “współpracę”.
Bo, jak już zaznaczyłam: o ile opinie pisane same dla siebie mogą być tworzone w podwórkowej łacinie, o tyle “oficjalne recenzje”, płodzone przez “współpracowników” powinny prezentować choćby przyzwoity poziom językowy. A, niestety, coraz częściej trafiam na miejsca w sieci, w których recki są na poziomie szkoły podstawowej, pełne literówek, błędów ortograficznych, stylistycznych i interpunkcyjnych. I takowe recki, takie potworki, opatrzone będą etykietą “napisane dla …” czy też “za książkę dziękuję…”. Jak tak można?!? Jak ci nie wstyd, blogerko, publikować wpisy nienadające się do niczego? Jak ci nie wstyd, drogie lubimyczytać, mianować “oficjalnym recenzentem” kogoś, kto nie potrafi pisać po polsku? Jak ci nie wstyd wydawco, wysyłać książki do ludzi, którzy nie mają pojęcia o czym piszą? I jak WAM nie wstyd, wszyscy fałszywi pochlebcy, zostawiający pod nędznymi reckami dziesiątki komentarzy zachwalających te ciągi liter pozbawione sensu?
Moglibyście powiedzieć, że przecież nikt mnie nie zmusza do czytania słabych tekstów, wystarczy zamknąć kartę z pseudoblogiem i oto skończą się moje problemy z nerwami. Nie zgodzę się z tym, bo czuję się oszukana i żal mi oszukiwanych przez WAS pospolitych czytelników i potencjalnych przyszłych blogerów.
FENRIR: W sumie temat został już wyczerpany powyżej, ale spróbuję swoje trzy grosze wtrącić. :P
Nie będę zaprzeczał powyższemu obrazowi blogosfery, jaki nakreśliła Silaqui, bo jest brutalnie prawdziwy. Doszliśmy już do tego etapu, khem, rozwoju, gdzie paradoksalnie tego rozwoju nie ma. Oczywiście zaraz pojawią się głosy, że wszystko trzeba wyszlifować. Owszem, trzeba. Tylko wcale nie trzeba długo szukać jednostek, które nie dość, że warsztatu nie poprawiają, to wręcz piszą coraz gorzej, mając gdzieś jakość tekstów, czego najlepszym przykładem jest zresztą ten komentarz:
Kwiatków zresztą wcale ze świecą szukać nie trzeba. Setki “recenzji”, w których pomysły do cna zużyte, wyeksploatowane były nazywane innowacyjnymi, świeżymi i nowatorskimi (najlepszym tego przykładem były teksty o “Igrzyskach śmierci” czy “Piątej fali” - mało kto wiedział, o czym tak naprawdę pisze). Pisanie o realiach, o których nie ma się pojęcia? Było, nieraz. Narzekanie na trzynastolatki wychodzące za mąż w powieści rozgrywającej się w połowie średniowiecza? Ba, nawet zarzucanie Peterowi Jacksonowi przekręcenia nazewnictwa z tłumaczenia Marii Skibniewskiej miało miejsce (tak tak!). Próby dążenia do doskonałości? Gdzie tam, zapomnijcie, nieliczne jednostki tylko faktycznie to robią (teraz oczywiście czekam na masę komentarzy w stylu “uff, jak dobrze, że ja tak nie robię”), a reszta radośnie siedzi po pas w bagnie i ani myśli z niego wyjść. Już nie mówiąc o jakimś nakierowaniu się na konkretne gatunki - niestety, blogasków gdzie romanse przeplatają się z hard SF i erotykami jest całkiem sporo. Już nie mówiąc o godzeniu się na każde możliwe warunki, byleby otrzymać darmowy egzemplarz od wydawnictwa.
Jak też Sil wspomniała wyżej - plagą są głupi komentatorzy, którzy pod nawet najgorszym tekstem zostawią komentarz “świetna recenzja”: nieważne, że to opinia najeżona błędami wszelkiej maści, ważne jest pogłaskanie blogera po głowie w nadziei na to samo z jego strony. Brak refleksji nad swoimi wypocinami potem owocuje coraz większą populacją pseudo-recenzentów wypowiadających się coraz śmielej o książkach, o których pojęcia nie mają. A potem biedny, niczego nieświadomy czytelnik korzysta z takich tekstów i pakuje się w istny labirynt niedopowiedzeń, przekłamań i omijania istotnych cech recenzowanych książek. Chciałoby się powiedzieć, że sytuacja idzie ku lepszemu i takie jednostki się wykruszają, aczkolwiek to sytuacja jak z mityczną hydrą - na miejsce jednej odciętej głowy wyrastają dwie kolejne.
A wiesz, że znajdzie się wśród czytelników dzisiejszego posta ktoś, kto nam zarzuci zazdrość? Bo u nas nie ma milionów komentarzy w stylu “świetna recenzja” (a jak są, to pozostawiamy je bez odpowiedzi), ewentualnie bardziej ambitnych “zaciekawiłeś mnie, muszę poszukać tej książki”...
Napisałeś o braku refleksji. To chyba boli mnie najbardziej i najtrudniej mi nad tym przejść do porządku dziennego. Ja chcę, by literatura wywoływała u mnie refleksję, chcę też czytać recenzje książek, które wskazują mi inne sposoby interpretacji dzieła. Sama też takie chcę pisać, i dlatego narażam się na tortury związane z przedzieraniem się przez dziesiątki tekstów słabych. I wierzcie mi, gdy w piątej opinii o jakiejś książce widzę znów te same zwroty, te same błyskotliwe uwagi, to znów sięgam po kałacha.
Czy naprawdę setki blogerów czyta książki bez myślenia i szukania w nich drugiego dna? Czy jeśli w blurbie nikt nie wspomni o nawiązaniach do “wklej cokolwiek”, to żadne z WAS owych nawiązań nie zauważy? WY, którzy czytacie po 200 książek rocznie, recenzujecie niemal tyle samo i opływacie w książkowe luksusy?
Napisałeś o braku refleksji. To chyba boli mnie najbardziej i najtrudniej mi nad tym przejść do porządku dziennego. Ja chcę, by literatura wywoływała u mnie refleksję, chcę też czytać recenzje książek, które wskazują mi inne sposoby interpretacji dzieła. Sama też takie chcę pisać, i dlatego narażam się na tortury związane z przedzieraniem się przez dziesiątki tekstów słabych. I wierzcie mi, gdy w piątej opinii o jakiejś książce widzę znów te same zwroty, te same błyskotliwe uwagi, to znów sięgam po kałacha.
Czy naprawdę setki blogerów czyta książki bez myślenia i szukania w nich drugiego dna? Czy jeśli w blurbie nikt nie wspomni o nawiązaniach do “wklej cokolwiek”, to żadne z WAS owych nawiązań nie zauważy? WY, którzy czytacie po 200 książek rocznie, recenzujecie niemal tyle samo i opływacie w książkowe luksusy?
Jeszcze raz: nie czepiam się ludzi, którzy piszą OPINIE. Czepiam się ludzi, którzy uważają siebie za recenzentów i bóstwa objawione. A w swej recenzji piszą coś takiego:
Albo każdą pozycję recenzencką prezentują jako arcydzieło, nawet gdy w żadnym stopniu na takie miano nie zasługuje. I jeszcze laurki piszą nieudolnie (ale to już temat tyle razy wałkowany, że aż szkoda klawiatury na ponowne piętnowanie tego zjawiska).
Skąd natchnienie do dzisiejszego wpisu? Z lęku o ludzi trochę młodszych niż ja, powoli zaczynających swoją przygodę z literaturą. Jak takie niewinne umysły stykać się będą jedynie z przodującymi na rynku badziewnymi blogami recenzenckimi, to mają nikłe szanse na poznanie wartościowej literatury. Albo, co gorsza: sami zaczną pisać farmazony (uwierzcie mi, chciałam użyć innego słowa niż “pisać”) o dobrej literaturze.
FENRIR: Publicznie raczej nie zarzucą, bo wiesz, “uderz w stół…”. :P Wiadomo, że ten jeden wpis nie sprawi, że nagle świat stanie się piękniejszy, ale może w końcu jawny głos trafi do kilku jednostek, które pomyślą nad tym, co piszą. Bo w refleksję tych najbardziej opornych na wiedzę to już nie wierzę.