21 sty 2014

Kroniki Majipooru, Robert Silverberg


Tytuł: Kroniki Majipooru
Autor:Robert Silverberg
Cykl wydawniczy: Kroniki Majipooru, t.2
Wydawnictwo: Solaris
Data wydania: 03.2009
Ilość stron: 384
Moja ocena: 5/6

W poprzednim tekście wspominałam o tym jak i kiedy trafiłam podczas swej czytelniczej wędrówki na Silverberga i jego opowieści o Majipoorze. Wiecie zatem, że przygoda z tą planetą zaczęła się właśnie od Kronik Majipooru, drugiego tomu serii. I teraz, po dekadzie, dane mi było powrócić do tych historii, choć powrót pełen był niepokoju i zwątpienia. Każdy czytelnik bardziej ambitny od miłujących pulpę odbiorców rozwija się z każdą ukończoną książką. Więcej rozumie, więcej literackich zabiegów zaczyna go irytować. Dostrzega coraz więcej schematów i silenia się na oryginalność. Bałam się zatem jak Kroniki Majipooru zniosą próbę czasu, czy odczuta kiedyś magia nie spotka się przypadkiem z pełnym politowania uśmiechem? Szczęśliwie dałam się porwać opowieści, a znajomość pierwszego tomu pozwoliła mi dostrzec kilka faktów, które w siedemnastoletniej Silaqui nie wywołały żadnej refleksji.


Kroniki Majipooru nie opowiadają bezpośrednio o losach Valentine’a, bohatera pierwszego tomu. Tym razem skupiamy się na Hissune, który w wieku dziesięciu lat oprowadzał Lorda po Labiryncie i swoją bezpośredniością i zaradnością zaskarbił sobie sympatię władcy planety. Dzięki temu zwykły przewodnik zyskuje możliwość rozwoju i nauki, powoli pnie się po szczeblach kariery w Labiryncie. Pewnego dnia Hissune odkrywa Rejestr Dusz: miejsce, w którym zapisane są wspomnienia setek milionów obywateli Majipooru. Łamiąc zasady i oszukując wyższych urzędników, Hissune rozpoczyna podróż w czasie i przestrzeni: zyskuje dostęp do rzeszy ludzi żyjących na Majipoorze począwszy od czasów, w których zapis pamięci został wprowadzony. Początkowo jest to czystą zabawą, odkrywaniem zapomnianych historii, jednak z czasem nasz bohater zaczyna rozumieć naturę swej planety poprzez wspomnienia obywateli żyjących na przestrzeni tysięcy lat.

O tym, jaki wpływ na Hissuine mają wyprawy do rejestru dusz przeczytacie sami, ale powiem wam jedno: zabieg zastosowany przez Silverberga, siermiężny na pierwszy rzut oka, jest genialnym spojrzeniem na burzliwą historię planety. Autor pokazuje nam inną twarz zarówno obcych ras zamieszkujących Majipoor, jak i zwraca uwagę na historyczne niuanse tworzące współczesną głównemu bohaterowi opowieść. Po niepokojących scenach z Zmiennokształtnymi, jakich doświadczyliśmy w Zamku Lorda Valentine’a, tutaj widzimy inną twarz Metamorfów. Po raz pierwszy dostrzegamy też wyraźnie, jak pozornie szczęśliwi obywatele Majipooru borykają się z klasyczną niesprawiedliwością i znajdujemy wytłumaczenie dla niechęci ludu do wszelakich wojen.

Rasy, z którymi Hissune spotyka się w swoich mentalnych podróżach przestają mieć jedynie stereotypowe cechy, wyjaśniane natomiast są ich uczucia czy natura. Już jako samodzielna książka Kroniki Majipooru miały sens, a w porównaniu z poprzednim i następnym tomem (przez który przebijam się w wolnych chwilach), pozwala lepiej zrozumieć politykę tej nietypowej planety. W pewnym sensie widzę tutaj odwołanie do USA czasów Silverberga i Francji czasów nam obecnych: oba kraje są tyglem, w którym mieszają się rasy i wyznania. Jedynie studiowanie przeszłości poszczególnych nacji pozwala na zrozumienie obecnej sytuacji społeczno-politycznej.

Żałuję, że w naszym świecie nie mamy możliwości osobistego przeżywania wspomnień naszych pradziadów czy też przodków ludzi przybywających do naszego kraju. Brak wiedzy i polityczne stereotypy pozbawiają nas istotnego elementu analizy tego, co się wokół nas dzieje. Dawno temu Silverberg pokazał nam, że by zrozumieć obcych (czy to z innej planety, czy też z innego kraju), trzeba poznać ich historię. Prawdziwą, pozbawioną politycznie poprawnych uogólnień. Dziwnym trafem Kroniki Majipooru idealnie wpisały mi się w nastrój, w jaki popadłam po zobaczeniu pełnometrażowego filmu animowanego Persepolis. Animacja, wykorzystując minimalizm kreski i koloru, pokazała, jak bardzo osąd ludzi „zachodu” może być błędny i jak bardzo stereotypy odnośnie Iranu przekreślają prawo do normalnego życia ludzi, którzy tam właśnie żyć muszą.

I znów staroć okazał się rzeczą aktualną, i znów science fiction w otoczce fantasy pokazało mi, jak wiele skojarzeń można wyciągnąć z pozornie rozrywkowej powieści. I jakoś się z tego cieszę, choć kolejny tom nieco mnie męczy, bo więcej tam polityki i rozważań Koronala. Całkiem naiwnych rozważań. Ale, znając życie, jak już skończę lekturę, to pojawi się tyle nawiązań, że stron w wordzie zabraknie…


Tekst napisany w ramach wyzwania:
 
(kliknięcie w baner przeniesie was na stronę wyzwania)